Rod Coltonow 04 - Christenberry Judy - Duet z solistka, Ród Coltonów

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
JUDY CHRISTENBERRY
Duet z solistką
ROZDZIAŁ PIERWSZY
- Doktorze, nie zgadnie pan, kogo dzisiaj mamy!
Liza Colton uniosła głowę i rozejrzawszy się wokół
upewniła się, że jest w gabinecie sama. Spojrzała na
drzwi, były lekko uchylone.
- Missy, proszę, nie mam czasu na zagadki - ode­
zwał się niski męski głos, który z miejsca zafascynował
Lizę, i to do tego stopnia, że zastanowiła się, czy fi­
zjonomia jego właściciela jest równie atrakcyjna.
Zresztą, co za różnica, pomyślała natychmiast.
- To ta nowa gwiazda! - wypaliła z przejęciem
pielęgniarka.
Liza zesztywniała.
- Jaka znów gwiazda?
- No, tak się mówi, doktorze. A jak pan powie
o Streisand, Celine Dion, Mariah Carey? - wyjaśniała
pielęgniarka, jakby lekarz jej nie zrozumiał
- Wiem, co znaczy gwiazda, Missy - zapewnił mę­
ski głos. - Zdziwiłem się tylko, co taka gwiazda mia­
łaby do roboty w Saratoga Springs - dodał bez zain­
teresowania.
- To sama Liza Colton, doktorze! Widziałam ją
przedwczoraj. Prawdziwa gwiazda, a jeśli nawet jesz-
6
JUDY CHR1STENBERRY
cze nią nie jest, to na pewno będzie. Jaki koncert dała!
Ludzie bili brawo na stojąco i nie chcieli skończyć.
Liza uśmiechnęła się pod nosem na wspomnienie
owej chwili. Nieczęsto zdarzały jej się ostatnimi czasy
podobnie satysfakcjonujące momenty.
- Pewnie piwo szło jak woda - zauważył rzeczowo
mężczyzna. - Z czym do nas przyszła?
- Tragedia! Ledwo mówi.
- Po jednym koncercie?
- Dwóch. Wczoraj też śpiewała, i ma jeszcze wy­
stąpić dziś wieczorem.
Zapadła cisza, jakby para za drzwiami gdzieś się
wyniosła. Liza wcale się tym nie przejęła. Lekarz
wyraźnie nie był melomanem, a przynajmniej nie na­
leżał do miłośników jej talentu.
- Doktorze - wstawiła się za nią pielęgniarka, która
wprowadziła ją wcześniej do gabinetu. - Musi pan ją
uratować!
- Nie przesadzaj, Missy. Leczę tylko nosy i uszy,
ja nie jestem od ratowania życia.
Dobrze chociaż, że nie ma przewrócone w głowie
jak większość lekarzy, ucieszyła się Liza, postanawia­
jąc wynagrodzić mu to i wybaczyć mu jego wcześ­
niejsze uwagi.
W tym samym momencie drzwi gabinetu otworzyły
się na całą szerokość. Liza chlubiła się tym, że świetnie
potrafi ukryć swoje prawdziwe uczucia. Tym razem
nie poszło jej tak gładko - ale też jeszcze nigdy żaden
mężczyzna nie zrobił na niej aż takiego wrażenia.
Nie należał wprawdzie do okładkowego typu mo-
DUET Z SOLISTKĄ
7
deli i aktorów, którzy usilnie starali się ją uwieść. Było
w nim coś, co wyczuwała tylko intuicyjnie, jakaś nie­
zaprzeczalna solidność. Tak, właśnie to określenie naj­
lepiej do niego pasowało, to akurat było w nim atrak­
cyjne. Tradycyjnie krótko przycięte włosy lekarza były
nieco zwichrzone, jakby właśnie wzburzył je dłonią.
Czuła nieodpartą chęć, by zrobić to samo. Mocna bu­
dowa mężczyzny i jego niebieskie oczy miały nieod­
party urok. Liza zamrugała, bo obraz przed jej oczami
tracił wyraźne kontury. No ale to już wyłącznie wina
jej niedyspozycji.
- Pani Colton? - zapytał, wyciągając do niej rękę.
Z wahaniem podała mu dłoń i zadrżała.
- Zmarzła pani? Przepraszam, nie przedstawiłem
się. Hathaway.
Odpowiedziała mu niewyraźnym uśmiechem i ski­
nieniem głowy.
- Jestem pełen podziwu dla pani. Porywa pani tłumy.
Na końcu języka miała pytanie, ile pan doktor płaci
dodatkowo swojej pielęgniarce za informacje o pacjen­
tach, żeby mógł przed nimi dobrze wypaść. Dała jed­
nak spokój, nie będzie nadwerężać gardła z tak bła­
hego powodu.
Powtórnie skinęła głową i czekała, aż lekarz przej­
dzie do rzeczy.
- Może pani powiedzieć, co pani dolega?
Wzięła głęboki oddech. Ileż to razy słyszała od męż­
czyzn, że ulegają jej seksownemu głosowi. Teraz ów
głos zgrzytał i skrzeczał, a do tego sprawiał jej ból.
Posłużyła się więc nim delikatnie, mówiąc tylko:
 8
JUDY CHRISTENBERRY
- Nadwerężyłam głos.
Nie doczekawszy dalszych wyjaśnień, lekarz sięg­
nął po szpatułkę.
- Proszę otworzyć usta.
Przez kilka minut dokładnie oglądał jej gardło, ba­
dał uszy, marszcząc w skupieniu czoło.
- Kiedy to się zaczęło?
- Wczoraj wieczorem - szepnęła.
- Po występie?
Przytaknęła.
- Czy to się pojawiło nagle?
Zaprzeczyła gestem.
- Miała już pani podobne problemy?
Pokręciła głową i ledwie słyszalnie rzekła:
- Stres. Antybiotyk i odpoczynek.
Nick Hathaway zdusił wybuch cynicznego śmiechu.
Miał oto przed sobą typową młodą, bogatą kobietę,
która nie wie, co jej dolega, ale bez namysłu stawia
diagnozę i przepisuje sobie kurację.
- Przyszła pani do mnie, żeby olśnić mnie swoją
wiedzą medyczną? - spytał sarkastycznie.
Zwykle inaczej traktował pacjentów, starał się tylko
trzymać z daleka od tego rodzaju kobiet. Takich jak
Liza, którym nie brakowało ani urody, ani pieniędzy,
skupionych wyłącznie na sobie. Wiedział z doświad­
czenia, co pieniądze robią z człowiekiem. A kiedy do­
chodzi to tego świadomość własnej urody, mieszanka
staje się wybuchowa.
Liza powtórzyła tymczasem zbolałym głosem:
- Antybiotyk.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • korneliaa.opx.pl